20 listopada Podpromie odleciało...

Autor: Mateusz , 22.11.2008, 01:03

20 listopada Podpromie odleciało... Od połowy października na każdej tablicy ogłoszeń w Rzeszowie, na każdej uczelni, w każdym akademiku pojawiły się plakaty o tej właśnie treści. Sprawa wyjaśniła się na początku listopada. W centrum Rzeszowa pojawiły się billboardy reklamujące One Life Festiwal – wielkie muzyczne wydarzenie, które (jak to powiedział prowadzący imprezę) „jest świątynią dla muzycznych pielgrzymów”. Czy Podpromiu udało się oderwać od ziemi? I to jeszcze jak! Niestety – zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie... One Life Festival to nowe przedsięwzięcie Agencji artystyczno-reklamowej ,,AM”. Jak wspominali organizatorzy – wczorajszy dzień rozpoczął nowy cykl imprez, na które zapraszane będą wielkie gwiazdy muzyki dance, house i commercial trance. Jak wypadła ta impreza na tle innych wydarzeń organizowanych w całej Polsce?

Godzina 18:00, hala Podpromie, Rzeszów. Jako że nie znałem miasta, dotarcie na miejsce zajęło mi trochę czasu. Przed wejściem ogromne tłumy, nie przesadzając – ok. 2000 osób. Jedni czekają cierpliwie w kolejce do kasy, inni do drzwi wejściowych. Na szczęście udało mi się porozmawiać z kim trzeba i wszedłem osobnym wejściem, omijając tłumy. Wewnątrz kolejny szok – kolejki do szatni (o incydentach w szatni czytaj dalej) zbliżone jdo tych na zewnątrz hali. Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania, po „przepchnięciu się”, udało mi się wejść na górny poziom Podpromia, gdzie organizatorzy skonstruowali ogromną scenę i parkiet. Imprezę rozgrzewał od samego początku SKR DJ’s Team, a już za chwilę miały pojawić się pierwsze gwiazdy. Ostatnie elctro house’owe brzmienia jednego z rezydentów SKR’u i na scenie pojawił się prowadzący One Life Festival. Po krótkim wstępie i przywitaniu publiczności nadszedł czas na pierwszą gwiazdę – polskiego DJ’a, znanego ze współpracy z Gosią Andrzejewicz – DJ’a Remo.

DJ Remo to tak naprawdę Remigiusz Łupicki, który pojawił się tak jakby znikąd – nagle cała Polska zaczęła nucić My Music Song i You Can Dance. Po wielu sukcesach związanych z promocjami singli nadszedł czas na debiutancki album „You Can Dance” i tak pomału potoczyła się kariera DJ’a, który teraz znany jest w całej Polsce. Remo zelektryzował i rozgrzał publiczność swoim blisko godzinnym setem, przesyconym świeżutkimi kawałkami elektro house i disco house. Oczywiście niektórzy mieli inne zdanie – „widzę, że dobrze bawi się tylko Remo” - krzyknął ktoś za moimi plecami. Tak czy inaczej – większości się podobało, a był to dopiero początek. Po krótkiej przerwie sceną nadal władali Polacy – duet Alchemist Project, czyli bracia Roland i Radosław Rasińscy. Swoją karierę zaczęli w 1999 roku w Zielonej Górze, gdzie grali jako DJ’e w klubach. Wkrótce postanowili wyprodukować autorski materiał i tak powstały pierwsze przeboje – Kriszna i We Gonna Take U. Później poszło już z górki – Music Is My Extasy, Viva Carnival lub Tell Me nuciła już cała Polska. Nie inaczej było na One Life Festival – „this is the rhythm of the night, we’re dancing till the morning light” - nucił cały tłum. Alchemiści zagrali doskonałego seta, grając głównie swoje produkcje (warto zauważyć, że był to mini live act, gdyż używano też „na żywo” syntezatora). Wszystkiemu towarzyszyły piękne wizualizacje i efekty świetlne. Skoro był już Remo, byli Alchemiści, to nie mogło zabraknąć ostatniego przedstawiciela naszego kraju, wśród tylu zaproszonych gwiazd – Max’a Farenthide’a.

Można powiedzieć śmiało, że jego występ przełamał wszelkie lody panujące wśród tłumu – ludzie oszaleli. Dosłownie. Pojawiły się najnowsze hity muzyki electro: Scotty - Pirates Of The Carribean lub Dave Darrell – Freeloader (Spencer & Hill Mix). Ludzie śpiewali głośno i wyraźnie wielki hit Max’a – Can You Feel It. Widać było, że zarówno publika, jak i on sam, doskonale się bawią. Doskonały kontakt z publicznością i świetny set spowodowały, że jego występ uznano za najlepszy podczas całego wieczoru. Gdy wybrzmiały ostatnie takty Slice Me Nice, nadszedł czas na wielką niespodziankę. Otóż gdy Jonas Erik Altberg dowiedział się, że na Podpromiu organizowany jest One Life Festival, zadzwonił do organizatorów i sam poprosił o występ! Przyleciał prosto ze Szwecji, mimo że organizatorzy nie uwzględniali go wśród line-up’u. Wkrótce halę wypełnił jego głos śpiewający All I Ever Wanted.

Basshunter, bo o nim mowa, to fenomenalny artysta, doskonale znany
klubowiczom. Nie muszę chyba specjalnie opisywać jaka była reakcja publiczności na pierwszą zagraniczną, śpiewającą na żywo gwiazdę. Najnowsze hity – Angel In The Nihgt i Walk On Water rozgrzały wszystkich (do tego stopnia, że zawaliła się platforma, na której tańczyli ludzie!). Niestety po kilku kawałkach musieliśmy pożegnać Basshuntera. Nastała chwila przerwy, rozpoczęto bowiem losowanie głównych nagród.
Każdy wraz z biletem dostawał kupon konkursowy – nagrodą główną była wycieczka o wartości 5000 zł dla dwóch osób na Riwierę Turecką, ufundowana przez biuro podróży Orbis Travel, a nagrodami pocieszenia – 42 calowy telewizor oraz darmowy przegląd samochodu. Zwycięzcy nie ukrywali radości, szczególnie Grzegorz, który wygrał wycieczkę. Nie dziwię mu się!

Była już godzina 22, impreza na półmetku. Pozostał jeszcze występ trzech gwiazd. Organizatorzy nie tracili czasu i już na scenę wbiegała Dhany, która chwyciła za mikrofon. I zaczęło się... Przepiękny głos Dhany oczarował wszystkich. Gdy zabrzmiał największy hit - Every Single Day - tłum po raz kolejny oszalał – piski, wrzaski, podniesione ręce. Wszystko to sprawiło, że występ tego włoskiego duetu został najlepiej zapamiętany, jeżeli chodzi o zagraniczne gwiazdy, i wspominany jest ciągle. Kariera Benassiego zaczęła się od hitu Satisfaction, później przyszła kolej na współprace z Dhany i Sandy, i to właśnie dlatego duet był najbardziej wyczekiwany tego wieczoru. Negatywnie zaskoczył wszystkich brak Alexa C. i Y-Ass. Nie wiadomo dlaczego ten świetny duet nie pojawił się na scenie, nikt nie raczył tego wytłumaczyć. Jednak jedno wiem na pewno – bogatszy o doświadczenia z Armagedonu, gdzie Alex i Y-Ass niedawno występowali - mogę śmiało wysnuć wniosek, że gdyby duet pojawił się na One Life, to prawdopodobnie załamałaby się druga platforma, gdyż ludzie bawiliby się znakomicie, przy przepięknym głosie Yasmin i miksach Alex’a.

Brak twórców hitu Doktrospiele czy Du Bist So Porno w pełni zrekompensowała ostatnia gwiazda. Zwycięzcy Sopot Hit Festival 2008, wielokrotni goście Hitów na Czasie Radia Eska, duet Shaun Baker & Maloy. O Shaunie i Maloy można byłoby wiele pisać – hitem V.I.P. podbili listy przebojów na całym świecie, a Power stało się klubowym hymnem. Po wielu sukcesach i wydanych singlach nagrali album One.

Wszyscy zgodzili się co do jednego – Maloy ma uroczy głos na żywo. Zaśpiewała swoje największe hity, a publiczność razem z nią. Po około 5 kawałkach, wykonanych przez tę piękną panią, tłumem zawładnął Saun Baker. W swoim energetycznym secie pomieszał wszelkie gatunki muzyczne - było commercial trance, elektro house i dance. Był to smakowity deser po całonocnych szaleństwach przy kawałkach DJ’a Remo, Achemist Project, Maxa Farenthide’a, Basshunter’a oraz Dhany i Maloy. Wszystkim artystom towarzyszyła doskonała oprawa świetlna, narzekano na jakość dźwięku – zgadzam się – na pewno oczyszczenie dźwięku z szumów poprawiłoby wiele, ale nie było aż tak źle.

Muzyka (i ewentualnie światła) były JEDYNYM plusem imprezy One Life Festival. Smutne, ale prawdziwe... Po pierwsze – wszędzie było mnóstwo policji i ochroniarzy. Bardzo dobrze, jednak panowie zapomnieli, że nie są od tego by patrzeć się na ludzi i ziewać, tylko po to, by reagować jeżeli ktoś kradnie dokumenty i kurtkę. Organizatorzy nie przewidzieli tak wielu ludzi – wkrótce zabrakło miejsca w szatniach i niestety około północy kilka wieszaków w szatniach po prostu załamało się. Kurtki i inne wierzchnie okrycia leżały na podłodze. Na prośby ochrony o zrobienie coś z tym faktem, odpowiedziano że „ochrona nie jest tu od kurtek, grzebcie sobie tak jak w szmateksie”. Ordynarne... Sam byłem świadkiem, jak kilku chłopaków brało nawet po 5 cudzych kurtek i szyderczo śmiało się, że mają już co sprzedawać. A ochrona patrzyła.... Nie potrafiono opanować także wychodzącego tłumu – powinno się otworzyć więcej wyjść, a nie jedno i pozwolić na wzajemne tratowanie się... A o wyjściu na zewnątrz w celu przewietrzenia się nie było nawet mowy. Dało się zauważyć także brak reakcji organizatorów na załamanie się wspomnianej już platformy. A gdyby komuś coś się stało? Bezmyślność. Są to szczegóły, jednak to one właśnie decydują o tym, czy imprezę zaliczyć do udanych czy nie. Ocenę pozostawiam wam. Jedno wiem na pewno – nikt nie zawiódł się na zaproszonych gościach (no może lekko na nieobecności Alex’a C.), każdy z nich pokazał to, co w jego twórczości wzbudziło największy podziw i uznanie. Na muzykę nikt nie może narzekać, na efekty świetlne także. Z dźwiękiem bywało różnie, ale można przymknąć na to oko. Natomiast sprawy organizacyjne wymknęły się spod kontroli. I niestety niesmak pozostał. Jednak Ci, którzy udali się na One Life by się pobawić i zobaczyć na żywo swoich idoli, na pewno się nie zawiedli.

Warto pamiętać, że aby taki festiwal w pełni się udał, trzeba dołożyć wszelkich starań i dopiąć sprawy organizacyjne na ostatni guzik. A niestety o tym zapomniano. Czekamy teraz na drugą edycję One Life Festival z nadzieją zobaczenia jeszcze większych gwiazd.

[b]Realizacja: Łukasz Bednarz | www.krosnocity.pl[/b]


baner3
0.066784858703613